Historia pewnej opiekunki

 

 

 

 

 

 

Ania. Spotkałyśmy się przypadkiem w szpitalu w Polsce w sali przedzabiegowej cztery lata temu. Miałyśmy spędzić tylko jeden dzień w szpitalu. Nie znałyśmy się wogóle. Przygotowanie, zabieg, kilkugodzinnny odpoczynek po krótkiej narkozie i do domu. Szybko złapałyśmy z sobą kontakt. To był początek stycznia pewnego roku.

Okazało się, że Ania z dniem 31 grudnia straciła zatrudnienie. Była przygnębiona. Pracowała jako kucharka w stołówce szkolnej. Niestety firma obsługująca stołówkę przegrała przetarg w Urzędzie Miejskim na dostawę obiadów dla dzieci. Zdecydowano się na firmę zewnątrzną, z siedzibą oddaloną o 100 kilometrów od naszego miejsca zamieszkania. Szlag ! W przetargu zadecydowała cena a nie jakość posiłków. Później czas pokazał, że to był wielki błąd. Ale Ania straciła stałą pracę.

Pani Wanda, szanowana właścicielka firmy, musiała zwolnić Anię, bo ta była najmłodsza stażem. I jeszcze do tego doszły sprawy zdrowotne. Ania załamana. 45 lat. Dzieci już dorosłe, ale mąż ma wielki problem z alkoholem. Jak ma się usamodzielnić, jak właśnie straciła pracę. Jak ma żyć, z czego. W Urzędzie Pracy w styczniu nic dla niej nie mieli.

Zgadałyśmy się. Ona słyszała od koleżanek, że ma szansę wyjechać do Niemiec jako opiekunka osób starszych. Złapała się tego pomysłu, jak koła ratunkowego. Problemem była znajomość niemieckiego. W naszym mieście nie ma szkoły językowej, jest zbyt małe. Zresztą finanse. Ania kiedyś uczyła się rosyjskiego, niemieckiego wogóle. A słyszała, że niemiecki trudny. Mówię Ani, pomogę Ci. Znam niemiecki, mogę cię pouczyć. Ania bardzo solidnie podeszła do nauki. Ja miałam zaraz ferie zimowe, znalazłam trochę czasu. Tyle zbiegów okoliczności.

Pouczyłam ją. Wyjechała pełna lęku i obaw do jednej z rodzin niemieckich. Miała szczęście, bo starsza pani miała korzenie polskie. Pamiętała język polski. Ania podkształciła się w niemieckim.

Spotkałyśmy się niedawno przypadkiem u krawcowej po 5 latach. Ania ładnie wygląda. Rozwiodła się z mężem. On jeszcze z nią mieszka, ale jeszcze trochę. Ureguluje też tą sprawę. Przed kilkoma dniami zdała egzamin na prawo jazdy. Szczęśliwa. Taka inna niż parę lat temu. Poradziła sobie. Pracuje w Niemczech do dzisiaj. Też nie jest jej lekko, ale w tamtym czasie to było bardzo dobre rozwiązanie dla niej. Ania „odbiła się od dna”. Zaryzykowała. Odważyła się. Przekroczyła własne granice. Nie liczyła na dzieci, bo przecież one też nie mają lekko. Szukała rozwiązania. Znalazła.

Ja wiem, pielęgnujemy Niemki i Niemców. Ja wiem, musimy zostawić dzieci i jechać. Serce mi się kroiło, gdy spotkałam dziewczynę w moim wieku, też kilka lat temu. Sama była chora na cukrzycę. Musiała brać insulinę. Ale jej mąż nie pracował, syn 14 letni, gdyby nie wyjechała i nie pracowała, nie miałaby z czego żyć. Firma niemiecka zgodziła się ją przyjąć, choć sama też potrzebowała pomocy. Fajna, przyjazna, znała w stopniu komunikatywnym niemiecki. Nauczyła się sama. Była zdeterminowana.

Spotkałam też panie, dla których praca jest oderwaniem od męża, z którym trudno wytrzymać. Bo one nigdy wcześniej nie pracowały, a teraz mąż wydziela im pieniądze. Jak to nie pracowały, pytam, skoro wychowały dwoje lub troje dzieci.

Spotkałam pana, któremu po rozwodzie pozostał kredyt hipoteczny z potężną ratą miesięczną. Pan od muzyki. Stwierdził, że albo pójdzie pod most, albo będzie opiekunem. Został opiekunem. Za jedzenie i mieszkanie nie musiał płacić. Jeszcze trochę i spłaci kredyt. Rozpocznie wszystko od nowa bez długów.

Każdy z nas ma inną historią. Życie pisze różne scenariusze. Otwarte granice sprawiają, że i my możemy przekraczać własne, zawalczyć o siebie.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *