Moja Doris ma kota, a właściwie trzy …i cały z tym ambaras.

Pracuję w firmie, w której mam różne zmiany 8-, 12-, lub 24-godzinne. Obecnie w części pracuję z Doris, w części z osobami starszymi. Firma zajmuje się zarówno opieką nad osobą niepełnosprawną jak i starszą.

U Doris nikt nie chce mieć dyżuru, bo podobno jest trudną podopieczną.

Ma 48 lat, tak jak ja. Od urodzenia jest osobą niepełnosprawną, jeździ na wózku inwalidzkim. Co ciekawe jej mama jest Polką, ale Doris nie zna polskiego. Mama mieszka w tym samym mieście, ale jej nie odwiedza. Rozmawiają tylko przez telefon. Gdy ja rozmawiam z jej mamą, nawet po niemiecku, Doris jest zazdrosna i bywa nieprzyjemna.

Doris jest mężatką, ma męża z niepełnosprawnością. Nie mają dzieci. On ma niedowład lewej ręki i choruje na cukrzycę. Poznali się w jednym z domów opieki. On teoretycznie nie potrzebuje pomocy i nie korzysta z firmy, w praktyce jest różnie. Mają własne mieszkanie w Niemczech.

Doris ma dwa, nie, obecnie trzy koty i traktuje je jak dzieci. Ostatnio właśnie posprzeczałyśmy się o te koty.

Doris bardzo emocjonalnie do nich podchodzi. Jeden z nich ma 17 lat, ma problem z tarczycą, przyjmuje tabletki i według Doris je albo za mało albo za dużo. Według mnie ten kot je normalnie. Też mam w domu kota. Jednego :). Więc wiem. Tłumaczę Doris, że kot reaguje, tak jak my. Ma apetyt mniejszy lub większy. Ale Doris, jak tylko jej Betty w ciągu dnia mało zje, panikuje, bo jej zdaniem jest niespokojna i źle wyglada. Ja tego nie widzę. Każe dzwonić zaraz do weterynarza i umawiać się na wizytę. Choć sama już wcześniej stawia diagnozę, że na pewno to znów problem z tarczycą i musi mieć zwiększoną dawkę leków, albo to rak albo wrzody na żołądku. Ona to wie, bo zna się na kotach. Ja się nie znam. Ale inna asystentka Caro się zna. Dzwoni do Caro, Caro przyznaje Doris rację. Podobno też zauważyła zmianę w zachowaniu kotki.

Więc pakujemy Betty do transportera dla kotów. Ta czuje już, co się dzieje, trzęsie się, nie chce wejść do transportera, chowa się pod łóżko, nie chce wyjść. Mąż się denerwuje, bierze szczotkę i próbuje tego kota wypędzić. Doris drze się na męża, że tak nie wolno. Ojej! Cały ambaras. Wołamy inną asystentkę i wspólnie pakujemy kota do transportera. Przy okazji Betty drapie dotkliwie asystentkę…

Jedziemy autobusem miejskim do weterynarza. Akurat leje deszcz. Pech.

Czekam w kolejce do weterynarza. Doris zostaje na parterze, bo nie ma windy a są schody, ona na wózku. Trwa to i trwa. Wreszcie wchodzę do weterynarza. Tłumaczę, co dolega Betty, tak jak Doris przykazała. Betty i Doris już tam znają. Weterynarz usypia kotkę, bo ta jest agresywna, boi się, dotkliwie drapie. Robi jej badania. Czekamy na wyniki.

Okazuje się, że wszystko jest w porządku, nie ma raka ani wrzodów ani powiększonej tarczycy. Mimo tego lekarz podaje kotce jakiś lek. Pytam dlaczego, skoro nic jej nie jest. Tłumaczy mi, że to placebo. To uspokoi Doris.

No fajnie…

Nieźle skasował weterynarz Doris za tę wizytę, badania i placebo.

Jedziemy z powrotem. Ja wykończona całą tą sytuacją. Rozumiem obawy Doris o zwierzęta, o to, że traktuje je jak dzieci, opiekuje się nimi jak dziećmi. Doris wymyśla, kombinuje, według mnie NUUUDZI się. Nie pracuje, nie ma celów. A monotonność jej życia sprawia, że tak reaguje.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *